Dawno temu, gdy aby korzystać z internetu trzeba było mieć wannę z miedziakami na wdzwaniany internet przez numer dostępowy TPSA (lub na tyle szczęścia aby znajdować się w obrębie miejskiej sieci szkieletowej, lub też mieć sąsiada powiązanego z takowa (któremu założono w domu skrętkę z internetem i podzielił się nim z Tobą) rozpocząłem swoją pierwszą przygodę z IRCem. 

Traf chciał, że pierwszy rok liceum mieszkałem w Bursie Szkolnej na Weteranów 3 w Lublinie. Dla nieznających miasta, jest to ścisłe akademickie centrum miasta. Na Katolicki Uniwersytet Lubelski miałem jakieś 5 minut marszu, na Uniwersytet Marii Curie - Skłodowskiej niecałe 6 minut spacerku. W ostatniej dekadzie XX wieku sieć informatyczna Lublina była już mocno rozwinięta i podłączone do światowej sieci były wszystkie uniwersytety oraz większość placówek edukacyjnych na poziomie szkoły średniej, w ramach sieci Pionieer. Sygnał internetowy był dostarczany również do licznych kafejek internetowych rozsianych po całym mieście. I to był najszybszy sposób na łączenie się z cyfrowym światem, choć nikt wtedy nie myślał o osiąganiu choć ułamka dzisiejszych prędkości jaką oferuje współczesna telefonia komórkowa. O ile mnie pamięć nie myli akademickie połączenie ze światem dysponowało oszałamiającą przepustowością 10 Mbps. Jednak, gdy pierwszy raz usiadłem za klawiaturą komputera był to rok bodajże 1994. Zatem nikt nie marzył o okienkach (choć faktycznie systemy oparte o interfejs graficzny były już dostępne w systemach operacyjnych z nadgryzionym jabłkiem), a WIndows 95 miał powstać dopiero za rok. Tak więc korzystało się z systemów opartych o komendy tekstowe: Novell i Unix. 

Wspomniany UMCS udostępniał terminale dla studentów i uczniów szkół średnich którzy chcieli "poserfować" w globalnej sieci. Nie były to jakieś demony prędkości, ot komputery z napędem na "duże" dyskietki 5.25 cala aby można było ewentualnie zapisać ciekawe artykuły czy załączniki maila. A formalnie nawet nie komputery a terminale z pięknym monochromatycznym bursztynowym ekranem, bez dysku twardego.  Aby się do niej dostać trzeba było posiadać konto na jakimś serwerze. Konto takie miał Tata mojego szkolnego Kolegi Adama, będąc pracownikiem naukowym/wykładowcą wspomnianego uniwersytetu. I z początku korzystałem z konta Taty Adama; jednak dosyć szybko dorobiłem się własnego konta. Odkryłem zalety grup dyskusyjnych i ściągłem stamtąd teksty piosenek ulubionych w tamtym czasie zespołów. Konto umożliwiało mi również wysyłanie i odbieranie e-maili, a więc dla chłopaka z Łęcznej był to skok technologiczny na miarę odkrycia koła. 

Na terminalach podłączonych do internetu przez serwer Novellowy w trybie tekstowym można było wykonywać jedną czynność w danym czasie. Po kilku dniach widząc śmiejących się do monitora użytkowników zapytałem co to za literki im tam skaczą po ekranie i okazało się, że jest to IRC. Internet Relay Chat; czyli po naszemu: rozmowa w czasie rzeczywistym. 

Bez graficznych systemów operacyjnych można było na tych terminalach przeglądać maila i grupy dyskusyjne, dyskutować na IRC lub też grać w gry RPG z innymi graczami z całego świata. Byli zapaleńcy którzy®zy potrafili "ciąć w muda" (jedna z wielu dostępnych gier) godzinami, zabijając potwory i okiełznując bajkowe stwory. Niestety, nie było to dla mnie zbyt wciągające, więc zostałem przy IRC i grupach. 

Po kilku następnych tygodniach z pomocą legitymacji uczniowskiej dostałem konto na uczelnianym serwerze hektor.umcs.lublin.pl, który to był oparty o system z rodziny Linuksowych (bodajże jakiś RedHat o ile pamiętam). Tutaj mogłem korzystać już z wielu procesów w jednym czasie dzięki komendzie "screen" i przełączaniu między okienkami. I co najważniejsze: po wylogowaniu się z serwera i pójściu do domu serwer nadal utrzymywał moje połączenie z siecią, a więc mogłem utrzymać sesję przez długi czas, kolejnego dnia nadrabiając zaległości. Po jakimś czasie dorobiłem się kilkunastu kont "shellowych" (jak mawiało się w żargonie) oraz pokusiłem się o własny botnet, który umożliwiał mi utrzymanie kanału. Ale to dziś już historia. Koledzy (Piotrek, Paweł, Andrzej czy Wojtek) przestali pracować dla Uczelni czy być studentami, więc konta upadały jedno po drugim. 

IRC udostępniał nie tylko rozmowy, które można dziś przyrównać do pokojów na Twitterze, czy wciąż jeszcze popularnych czatów. Dysponował niezliczoną ilością kanałów tematycznych, miejskich etc. Poznałem tam wielu wspaniałych ludzi z którymi kontakt utrzymuję do dziś, już przez współczesne metody komunikacji. Wojtek z Wrocławia, Jan z Tomaszowa Lubelskiego czy Sebastian z Wielkopolski (wybacz Seb nie pamiętam dokładnie) to ludzie z którymi przegadałem więcej godzin niż (wówczas) z współlokatorami z internatu. U Kolegi Adriana zdarzyło mi się zagrać później na ślubie. A poznaliśmy się na ircowym kanale #Jezus, ktorego po pewnym czasie stałem się współadministratorem. Korzystałem również z wiedzy bardziej doświadczonych użytkowników "czarnych okienek), takich jak Andrzej, Piotrek z osiedla obok czy Szara Eminencja polskiego IRCnetu - Alina. Gdy miałem problem - zawsze służyli pomocą. W momencie w którym bardziej wkręciłem się w Linuxy byłem częstym gościem na kanałach tematycznych - o komputerach, krótkofalarstwie. Oraz - czynnym użytkownikiem kanałów miejskich - w tym #Lublin na którym wciąż można mnie spotkać. 

Tu przeżywaliśmy wspólnie radości z narodzin dzieci (po których wielu Użytkowników odchodziło od klawiatury do pieluch na stałe), dramaty miłosne (choć to głównie domena piękniejszej części) oraz żegnaliśmy tych, którzy za wcześnie wylogowali się z "reala". I tu mam na myśli Kolegę Grześka z #Lublin odprowadziliśmy do miejsca spoczynku na lubelskim Majdanku. Od roku 2000 jestem również administratorem #Alphabet - jednego z najstarszych kanałów na IRCnecie, choć dziś to już raczej sentyment niż powód do dumy ;-) 

IRC miał (i wciąż ma) swoje zasady, Netykietę której większość z kilku tysięcy wciąż aktywnych użytkowników wciąż przestrzega. I nie mówimy tu o użytkownikach z jednego miasta, województwa czy kraju, ale o globalnej populacji. 

Po przeprowadzce na stałe do Lublina często uczestniczyłem w spotkaniach załogi #Lublin, na których następowała wspaniała integracja. I dziś, po blisko 20 latach spotykając ludzi z tamtych czasów człowiek zawsze się uśmiecha. 

Po uruchomieniu przez TPSA na początku XXI wieku usługi stałego dostępu do Internetu IRC przeżył drugą młodość, choć jakość rozmów spadała na łeb i to tutaj powstało określenie "dziecko neostrady". I tak stopniowo następowało odejście ludzi z tego kręgu. Pierwszy eksodus miał miejsce po uruchomieniu czatów w przeglądarkach internetowych, później powstały pierwsze portale (fotka.peel, nieistniejące już grono.net czy rodzima Nasza-Klasa.pl). Później kolejne przybijały komunikatory: ICQ, Gadu-Gadu, w późniejszym etapie Skype. Ostatecznie wieko zamknął Facebook i Twitter oraz rozwój sieci komórkowej. Można powiedzieć, że technologia zepchnęła na boczny tor tą formę komunikacji w takim samym stopniu jak Yanosik i powiadomienia o fotoradarach w nawigacjach samochodowych doprowadziły do śmierci CB-radia. Owszem, są jeszcze zapaleńcy, ale to nie te czasy które pamiętamy z filmu "Konwój" z Krisem Kristoffersonem. Choć przyznam się, że nad moim prywatnym autem wciąż znajduje się dwumetrowa antena :-) 

Nie mówię, że nowe narzędzia są złe. Tak wygląda postęp, aby mniejszym nakładem osiągnąć zamierzony cel, W tym wypadku przekazać wiadomość Znajomym. Można to dziś zrobić na wiele sposobów: telefonem, SMSem, od tablicy na Facebooku, przez wiadomość na komunikatorze takim jak Signal czy WhatsApp... Jednak sentyment czarnego okienka z białymi literkami pozostaje na zawsze. 

Ale my dinozaury chyba tak mamy.