Jak pewnie wiecie (albo i nie) od kilku lat wykonuję pracę zawodowego Kierowcy. Początkowo jeździłem w UK, obecnie w Niemczech. I tutaj ktoś może się zapytać, co wspólnego ma bycie kierowcą z rolnictwem. Otóż moi mili - dużo.
Firma w której pracowałem zajmuje się konfekcjonowaniem, pakowaniem i dystrybucją produktów rolnych z terenu całej UK. Mając kilka lokalizacji z produktami mrożonymi oraz chill" czyli schłodzonych, przewożonych w temperaturach od 2 do 8 °C. W większości przypadków były to warzywa i owoce, które przewoziliśmy do centrów dystrybucyjnych kilku sieci hipermarketów na wyspie. Oczywiście nie było tak, ze odbieraliśmy od Rolnika nieprzetworzone warzywa i owoce, ale były one już wstępnie spakowane, a do pracowników magazynu należało rozłożenie palet na poszczególne magazyny. Wyglądało to mniej więcej tak, ze kierowca A jechał do firmy X, i zabierał palety do punktów O,P,Q. Na jednym z magazynów były one segregowane na trzy naczepy, uzupełniane o pozostałe elementy z listy, które tego dnia miały być dostarczone, a następnie trzy pojazdy wyjeżdżały w trzech różnych kierunkach. Jeździliśmy glownie z okolic Lincoln, a więc rolniczej części Zjednoczonego Królestwa. I tak każdego dnia setki ciężarówek wyjeżdżały z dostawami praktycznie do całej Anglii.
Miejsca w których ładowaliśmy zbiorcze naczepy w wielu przypadkach były to farmy poszczególnych Rolników, ale tez często działały na zasadzie spółdzielni producenckiej. Lub tez Rolnicy posiadający takowe sortownie świadczyli takie usługi mniejszym podmiotom.
W tym momencie, jeżdżąc w transporcie ogólnym często jeżdżę do podobnych "spółdzielni", tyle, ze na terenie Francji, tyle, że nie z produktami na temperaturze, a z wszelkiej maści tackami do ekspozycji (tymi "ekologicznymi" dzięki którym planeta nie płonie, wszak wiadomo, że kalafior zapakowany na tacy z papieru zostawia mniejszy ślad weglowy). I odwiedzam producentów włoszczyzny, papryki etc. u których dystrybucja wygląda podobnie.
Ale o co tak naprawdę chodzi? O kasę.
Nie wiem jak to wygląda w Francji, ale w UK supermarkety mają tak jakby obowiązek sprzedaży rodzimych produktów. Tak, jak mi powiedział jeden z wózkowych: "tu najpierw muszą sprzedać angielską marchewkę zanim zaczną sprzedawać holenderską". I faktycznie, w sklepach wielkopowierzchniowych cieżko było znaleźć jabłka czy inne owoce z Polski czy innego kraju Unii. Owszem, zdarzała się wołowina czy baranina z Nowej Zelandii (swoją drogą gdy zobaczyłem na półce miałem dosyć mieszane uczucia dotyczące świeżości), ale większość produktów które mogą zostać wyhodowane w UK - tu były sprzedawane. Niestety nie znalazłem odpowiednich zapisów na stronach rządowych Królestwa, jednak coś w tym musi być.
Tymczasem w naszych sklepach nawet pieczarki są importowane (co śmieszniejsze, Polska jest jednym z najwiekszych producentów w Europie). Ziemniaki z Holandii, papryka z Hiszpanii, jabłka z Francji czy marchewka z Maroko. Wyliczanka jak w piosence "Zasmażka" grupy "OT.TO".
Czy zatem nie można takich przepisów zaimplementować w Polsce? Czy ktoś do tej pory to zaproponował? Nie słyszałem o tym zbytnio, a pewnie bym słyszał, ponieważ podniósłby się tumult różnych marketów o tym, że Polska próbuje ograniczać przepływ towarów i utrudniać konkurencję. Oczywiście w obecnej sytuacji politycznej, gdy u sterów mamy Koalicję oraz Lewicę z przystawkami (w postaci - Ludowców) ciężko mi oczekiwać od nich aby zajęli się problemami polskiej wsi. Ale przecież przed chwilą mieliśmy 8 lat rządów Prawa i Sprawiedliwości. I co? I nic.