Na Marszu Niepodległości byłem raz jako uczestnik, więc znawcą tematu zbyt wielkim nie jestem. Niewiele osób pamięta, że pierwsze Marsze rozpoczynały się Mszą św. w kościele św. Barbary. A za organami kilka razy byłem wtedy ja. Zdarzyło się. Pamiętam też Marsze w których brała udział garstka uczestników, przemykając się po ulicach Warszawy, przed rokiem 2010 (wtedy w każdym mieście odbywały się lokalne "Marsze" organizowane przez lokalne środowiska patriotyczne, Obóz Narodowo Radykalny, Młodzież Wszechpolską, Narodowe Odrodzenie Polski czy też lokalne stowarzyszenia Kibiców. W 2010 powstał pomysł aby zorganizować jeden wielki marsz w Warszawie, a następnie organizatorzy związani z MW, ONR oraz lokalni liderzy z różnych stron kraju utworzyli Ruch Narodowy, a później powołano do tego osobne stowarzyszenie, znane jako Stowarzyszenie Marsz Niepodległości. 

W tym roku 11 listopada spędzałem w drodze. Rozpoczęcie wymarszu z Ronda Dmowskiego zastało mnie w Belgii a na pulpicie leciał live z TV Republika. Podobało mi się jedno. Reporterzy mieli z góry założony cel: pokazać "swoich" w tym Marszu. A więc widzów wspomnianej telewizji oraz Kluby pewnej gazety. Gdy przed kamerą stawał jakikolwiek inny osobnik - rozmowa była krótka, aby przypadkowy gość nie powiedział zbyt dużo. 

10 lat temu w zaciszu lubelskiego biura RN mówiliśmy głośno, że PiS będzie chciał przejąć inicjatywę Marszu. Była nawet podjęta próba przejęcia samego Stowarzyszenia. Dwie największe organizacje (MW i ONR) które zainicjowały pierwsze "duże" Marsze miały niepisaną zasadę na rotacyjną wymianę władz. Jedną kadencję zarządzają członkowie ONR a następnie przekazywał ją w ręce MW. Nie znam szczegółów owej "gentleman's agreement", ale wiem, że kilka lat temu coś nie pykło. Ostatecznie Stowarzyszenie zostało w rękach związanych z Ruchem Narodowym. 

Jak wspominam - byłem raz jako uczestnik. Przyjechałem głównie po to, aby spotkać się z Przyjaciółmi z różnych stron świata. Ominęła mnie bitwa pod empikiem, pałowanie, fajerwerki pod Ambasadą Rosji oraz wyścigi po bramach z Antifa. Czy tego żałuję? Nie. Uważam, że nie ma co świętować 11 listopada. Raz, że tej niepodległości mamy coraz mniej, a dwa, że mamy lepsze rocznicę do świętowania. Bo Piłsudski przejął władzę w kraju, w którym istniała już szczątkowa armia, administracja, więc ten 11 listopada jest nie do końca trafionym pomyslem. Poza tym, listopad zimno i w ogóle. Bardziej przemawia do mnie - z mniej znanych dat - 21 września 1610 roku jako powód do świętowania. Czy też 12 września 1683. Czyli data wejścia naszych oddziałów do Moskwy i zajęcie Kremla oraz wspomnienie Odsieczy Wiedeńskiej. A zwłaszcza ta druga data. Chciałbym aby kiedyś usłyszeć z tysiąca gardeł: "Francuz, Anglik, szczur Niemiecki (...)Kozaczyna i Turczyna mocną dłonią wziął za łeb. A Austryjak, wredna żmija bez Polaka byłby kiep". 

Natomiast rzuciła mi się jedna kwestia podczas tych całych wywiadów. Ludzie nie potrafili wyartykułować tego, dlaczego tu się znaleźli. Rozumiem, jedną czy drugą osobę zjadł stres. Ale wszystkich? Sporo ludzi powtarzało hasło: "Niepodległość nie jest dana raz na zawsze". Przykro się tego słuchało, ponieważ każdy próbował być ultrapoprawny. Gdyby zdarzyło się, że znalazłbym się przed kamerami, wówczas moja wypowiedź brzmiała by mniej więcej tak: "Jestem tutaj, ponieważ chcę aby Pana Premiera złapał incydent kałowy, czyli dostał sraczki. Uważam, że moja obecność tutaj i to, że mogę się wypowiedzieć w tej kwestii sprawi, że ten incydent szybciej nastąpi. Uważam Pana Premiera za wyjątkowego szkodnika ponieważ [tutaj padają argumenty]".

Jest to element zaniedbań nauki historii w szkołach, w których ważniejsza jest historia starożytnego Egiptu, Grecji czy tego co się działo w starożytnym Rzymie. A obecne ograniczanie ilości godzin nauki historii nie przyczynia się do poprawy tego zjawiska. Brak korelacji między tym co się dzieje na lekcjach historii a tym, co się dzieje na lekcjach Języka Polskiego w przerabianej literaturze. Oraz rozwinięcie historii o historię Europy (do XV w) oraz świata (po XV w). Bo ciężko jest zrozumieć historię jednego kraju bez szerszego kontekstu. Tyle, że żadnej władzy nie są potrzebni świadomi Obywatele, których nie da się zbyć banialukami. 

Również zabawa z Policją w kotka i myszkę z racami uważam za dziecinadę. Czy Prezydent nie mógł odwołać takiego zarządzenia, albo w czasie oficjalnych obchodów szepnąć z mównicy kilka słów o tym, że "ma nadzieje, że Rondo Dmowskiego zapłonie jak co roku". Mógł. Dalej. Policjanci przeszukujący samochód (i zaglądający do bagażnika) mają obowiązek po pierwsze się przedstawić i wylegitymować a po takim przeszukaniu sporządzić stosowny protokół. A jeżeli nie mieli druczków - wezwać tych, którzy mieli. Natomiast aby zachować racę wystarczyło powiedzieć, że wożę w bagażniku racę od kilku lat i używam ich do zabezpieczenia miejsca ewentualnej kolizji na drodze. Mamy jesień, często występują ograniczenia widoczności a sygnał świetlny z takiej racy pomoże zabezpieczyć miejsce zdarzenia. I niech wtedy Policja zabiera. Na pytania Funkcjonariuszy, że nie ma takiego obowiązku wyciągnąć trzeba mieć jakiegoś asa w rękawie, typu: robię dużo kilometrów, widziałem karambol czy też jestem kierowcą zawodowym. Poza tym tego typu sposób zabezpieczania jest stosowana w wielu krajach, zwłaszcza stosują to Policjanci i służby w USA i Kanadzie.